W skrócie
Stoją przy Bramie Lidzbarskiej od tylu lat, że mało kto z bartoszyczan zadaje sobie pytanie, skąd się tam wzięły. Ja zadawałam je sobie regularnie, bo przez dziesięć lat siedziałam w regionaliach i co jakiś czas ktoś przychodził z pytaniem o „te kamienne baby, co to niby jakiś rycerz i jego żona”. Otóż nie. Nie rycerz i nie żona. Prawda jest bardziej niepewna i przez to ciekawsza.
Co to w ogóle jest baba pruska
Baby pruskie to kamienne rzeźby przedstawiające postać ludzką, najczęściej stojącą, z rękami ułożonymi na piersi lub brzuchu, trzymającą w dłoniach róg do picia i czasem miecz albo inny oręż przy pasie. Archeolodzy datują większość znanych egzemplarzy na okres od X do XIII wieku, a więc czas, kiedy na tych terenach mieszkały plemiona pruskie, jeszcze przed przybyciem Krzyżaków. To nie są pomniki nagrobne w naszym dzisiejszym rozumieniu, choć część badaczy wiąże je z kultem przodków. Inni widzą w nich wizerunki wojowników. Jeszcze inni widzą w nich słupy graniczne, które miały oznaczać granice rodowe lub plemienne. Prawda jest taka, że żadnej z tych interpretacji nie da się dziś udowodnić w stu procentach, bo baby pruskie nie mają przy sobie inskrypcji, nie ma też źródeł pisanych z epoki, które by je opisywały. To, co wiemy, wiemy z analizy formy, z porównań między egzemplarzami i z kontekstu archeologicznego tam, gdzie w ogóle udało się go ustalić.
Bartoszyckie baby, nazywane potocznie Bartlem i Gustebaldą, są jednymi z kilkunastu znanych z terenu dawnych Prus zachowanych do dziś w mniej lub bardziej całym stanie. To już samo w sobie jest nietypowe. Większość takich rzeźb padła ofiarą wapienników, budowniczych szukających materiału pod fundamenty albo po prostu czasu.
Skąd te imiona i dlaczego nie ma co im wierzyć
Zacznę od tego, co najbardziej denerwuje mnie jako regionalistkę: imiona Bartel i Gustebalda nie pochodzą z żadnego średniowiecznego źródła. To nazwy nadane posągom najprawdopodobniej w XX wieku, w ramach lokalnej tradycji i opowieści, które krążyły wśród mieszkańców i przewodników. Bartel miałby być nazwą pochodną od Bartoszyc, a Gustebalda imieniem żeńskim, które ktoś kiedyś uznał za pasujące do drugiej postaci. Nie znalazłam w żadnym dokumencie z XIX wieku ani wcześniejszym potwierdzenia, że posągi tak nazywano przed wojną. Jeśli ktoś ma stare pocztówki albo notatki, w których te imiona pojawiają się przed 1945 rokiem, bardzo chętnie je zobaczę. Można pisać przez kontakt.
Legenda, którą znam z opowieści starszych bartoszyczan i z broszur przewodnickich sprzed lat, mówi o rycerzu i jego żonie, czasem o dwóch dziewczynach zamienionych w kamień za jakiś grzech czy za nieposłuszeństwo wobec bogów. Wersji jest kilka, co samo w sobie jest sygnałem, że mamy do czynienia z typową legendą lokalną, a nie z przekazem historycznym. Takie opowieści o skamieniałych ludziach są zresztą dość powszechne w całej Europy. Wystarczy pomyśleć o angielskich kamiennych kręgach, którym też przypisywano skamieniałych tancerzy czy weselników. Nie znaczy to, że legenda jest bez wartości. Po prostu należy do innej kategorii wiedzy niż ustalenia archeologiczne, i obie kategorie lepiej trzymać osobno, żeby się nie mieszały w głowie.
Skąd się wzięły przy bramie i czy zawsze tam stały
Otóż nie zawsze. To jest może najważniejszy fakt, o którym się zapomina, bo dziś oba posągi wyglądają jak nierozerwalny element krajobrazu Bramy Lidzbarskiej. Z tego, co udało mi się ustalić z materiałów regionalnych i rozmów z osobami zajmującymi się historią miasta, baby zostały znalezione w okolicy Bartoszyc. Dokładna lokalizacja pierwotnego miejsca ich ustawienia nie jest pewna, co zresztą jest normą przy tego typu zabytkach z terenu dawnych Prus. Wiele z nich odkrywano przypadkiem, podczas prac polowych, karczowania czy budowy dróg, długo po tym, jak ich pierwotna funkcja i kontekst uległy zatarciu.
Zanim trafiły w okolice bramy, przez pewien czas stały przy kościele w mieście. To informacja, którą powtarzają osoby zajmujące się lokalną historią, choć i tutaj precyzyjnej daty przeniesienia nie potrafię podać z czystym sumieniem. Przenoszenie takich zabytków było zresztą typowe dla XIX i początku XX wieku, kiedy lokalne towarzystwa starożytnicze i muzealne zaczęły traktować baby pruskie jako ciekawostki godne eksponowania, a nie tylko kamienie do usunięcia z pola. Bartoszyckie posągi przetrwały więc kilka przeprowadzek, zanim znalazły stałe miejsce przy murach obronnych, niedaleko Bramy Lidzbarskiej, gdzie można je oglądać dziś.
Dodam, że stan zachowania obu rzeźb nie jest identyczny. Rysy twarzy, detale ubioru i atrybutów są dziś trudne do odczytania gołym okiem, co dodatkowo utrudnia jednoznaczną interpretację, czy mamy do czynienia z postaciami męskimi, żeńskimi, czy może jedną i drugą.
Jak to wygląda gdzie indziej
Bartoszyce nie są jedynym miejscem na Warmii, gdzie można spotkać taki zabytek. W Olsztynie baba pruska stoi na dziedzińcu zamku kapituły warmińskiej. Miejsce już samo w sobie mówi wiele o tym, jak traktowano te posągi od czasu, gdy stały się przedmiotem zainteresowania kolekcjonerskiego i muzealnego, a nie już elementem krajobrazu religijnego czy grobowego sprzed wieków. W okolicach Barcian i Poganowa również notowano znaleziska tego typu, choć akurat tam stan wiedzy bywa jeszcze skromniejszy niż w przypadku Bartoszyc, bo część takich obiektów zaginęła albo uległa zniszczeniu jeszcze przed wojną.
Porównanie tych kilku przypadków pokazuje jedno: baby pruskie z terenu dawnych Prus nigdy nie tworzyły jednego spójnego zbioru w sensie muzealnym. To pojedyncze znaleziska, każde z inną historią odkrycia, inną drogą do miejsca, w którym stoi dzisiaj, i różnym stopniem pewności co do pierwotnej funkcji. Bartoszyckie Bartel i Gustebalda akurat mają to szczęście, że stoją razem, w dobrze widocznym miejscu, blisko murów miejskich, co samo w sobie jest rzadkością.
Czego nie wiemy i dlaczego to nie wstyd
Nie wiemy dokładnie, kogo przedstawiają. Nie wiemy z pewnością, gdzie pierwotnie stały. Nie wiemy, czy imiona, którymi się dziś posługujemy, mają cokolwiek wspólnego z ich faktycznym znaczeniem sprzed ośmiuset czy dziewięciuset lat. To, co wiemy, to że są autentycznymi zabytkami wczesnośredniowiecznej sztuki pruskiej, że trzymają w dłoniach róg do picia, co łączy je z innymi znanymi babami z tego regionu, i że przetrwały do dziś mimo kilku przeprowadzek i setek lat zmian politycznych na tej ziemi. To już całkiem sporo, jak na kamień, który nie umie mówić.
Kiedy następnym razem ktoś opowie wam pod bramą historię o zakochanym rycerzu i jego wiernej żonie zamienionych w kamień, posłuchajcie. To ładna opowieść i część tożsamości miasta. Tylko że to opowieść, a nie ustalenie historyczne, i różnica między nimi jest, moim zdaniem, warta pielęgnowania.





Dodaj komentarz