Nagłośnienie koncertu w małej sali: jak to robię krok po kroku

Sala na 100 osób ma inne problemy niż duża hala. Pogłos od parkietu, jedna faza w gniazdku i publiczność zmieniająca akustykę w trakcie koncertu. Pokazuję, jak się do tego przygotowuję, zanim ktokolwiek wejdzie na scenę.

Awatar Tomasz Jędrasik

6 min czytania

Kable audio wpięte do miksera przed próbą dźwięku

W skrócie

Przyjeżdżam do sali dwie godziny przed koncertem. Sala pusta, krzesła jeszcze pod ścianą, parkiet lśni. I właśnie ten pusty parkiet to mój pierwszy problem, zanim jeszcze wyjmę kabel z bagażnika.

Duża hala ma dużo powietrza i publiczność, która to powietrze tłumi. Sala domu kultury na 80–150 osób nie ma tego luksusu. Twardy parkiet, duże okna, sufit dwa i pół metra nad głową. To wszystko odbija dźwięk zamiast go wchłaniać. Grałem tak w kilku salach w powiecie i za każdym razem powtarza się ten sam schemat: na pustej sali brzmi ostro i piszcząco, po wejściu czterdziestu osób nagle robi się głucho, a przy stu pięćdziesięciu znowu się zmienia, bo ludzie stoją inaczej niż siedzą. Jeśli ustawisz poziomy na pustej sali i uznasz sprawę za zamkniętą, koncert zacznie się od niespodzianki.

Co wrzucam do busa, zanim wyjadę

Organizator zwykle mówi „mamy nagłośnienie na miejscu”. Czasem to prawda, czasem to dwie kolumny z wypożyczalni sprzed piętnastu lat i jeden mikrofon do przemówień. Dlatego mam swoją listę rzeczy, które biorę zawsze, niezależnie od tego, co obiecali:

  • DI-box do basu i klawiszy: bez tego w małej sali będzie brzęczało z samej instalacji elektrycznej,
  • kabel XLR co najmniej piętnaście metrów, plus zapasowy, bo zawsze ktoś stanie na jednym i wyrwie wtyk,
  • listwę zasilającą z bezpiecznikiem i przedłużacz na bęben,
  • dwa mikrofony dynamiczne do wokalu jako zapas, bo pożyczony sprzęt lubi akurat wtedy nawalić,
  • taśmę malarską do przyklejenia kabli na scenie, żeby nikt się nie wywrócił.

Jako elektryk zawsze sprawdzam, skąd sala bierze prąd. W wielu domach kultury całe zaplecze sceniczne wisi na jednej fazie razem z oświetleniem i czajnikiem w kuchni. Jak ktoś włączy czajnik w przerwie, poleci przejściowy szum w kolumnach albo, w gorszym wypadku, wybije bezpiecznik w środku utworu. Zanim podłączę cokolwiek, pytam gospodarza sali, gdzie jest rozdzielnica i ile mam faz do dyspozycji. Jeśli jest tylko jedna, rozdzielam odbiorniki ręcznie: osobno oświetlenie, osobno nagłośnienie. Proszę też, żeby nikt nie dotykał niczego przy tablicy podczas koncertu.

Gdzie stawiam kolumny i mikser

W sali na sto osób nie potrzeba wielkiej mocy. Dwie kolumny aktywne dwunastocalowe wystarczą z zapasem, o ile ustawię je dobrze. Stawiam je po bokach sceny, przodem lekko w głąb widowni, pod kątem, tak żeby nie strzelały prosto w boczną ścianę. To właśnie odbicie od ściany daje ten metaliczny pogłos, który słychać w wielu salach kultury. Jeśli w sali są duże okna, staram się nie kierować w nie kolumn wprost. Szyba odbija wysokie tony niemal jak lustro i po pięciu minutach ktoś z widowni zaczyna się krzywić.

Mikser stawiam z tyłu sali, mniej więcej na wysokości środka widowni, nie przy scenie. To jest błąd, który widziałem u wielu początkujących: siadają z pulpitem przy scenie, bo tam wygodniej i bliżej zespołu, a potem ustawiają poziomy, które brzmią dobrze pod sceną i fatalnie dziesięć metrów dalej. Mikser dwunastokanałowy wystarcza na typowy skład: wokal, gitara, bas z DI-boxa, perkusja z dwoma, trzema mikrofonami, ewentualnie klawisze. Więcej kanałów w małej sali to często pokusa do przekombinowania miksu, a nie realna potrzeba.

Próba dźwięku w trzydzieści minut

Organizatorzy rzadko dają więcej czasu, więc mam swoją kolejność, której się trzymam, żeby nic nie pominąć:

  1. Perkusja i bas: ustawiam poziom sekcji rytmicznej jako fundament, zanim dołożę cokolwiek innego.
  2. Gitary: dogrywam do sekcji, sprawdzam, czy nie duszą wokalu w środku pasma.
  3. Wokal: zawsze na końcu instrumentów, bo to on musi wystawać ponad resztę, nie odwrotnie.
  4. Monitor odsłuchowy: pytam każdego muzyka osobno, czy słyszy siebie. W małej sali kusi, żeby dać jeden wspólny monitor na środku sceny, ale przy stu osobach na widowni odbicia od parkietu i tak wzmacniają to, co leci ze sceny, więc lepiej dać dwa mniejsze monitory po bokach niż jeden mocny na środku.
  5. Test całości przy realnej głośności koncertowej, nie ciszej „żeby nie przeszkadzać”.

Jeśli sala ma parkiet i puste krzesła, robię próbę przy głośności docelowej i staram się w głowie odjąć jakieś dwa, trzy decybele na to, że sala za chwilę wypełni się ludźmi. Ciała pochłaniają wysokie tony, więc końcowy efekt po wejściu publiczności bywa cieplejszy, niż to brzmiało na pustej sali. Nieraz grałem w miejscach, gdzie to właśnie różnica między pustą a pełną salą decydowała, czy koncert brzmiał dobrze, czy jak echo w łazience. Pisałem o tym więcej przy okazji tekstu o tym, gdzie w Bartoszycach gra się na żywo, bo każda z tych sal ma swój charakter i trzeba się nauczyć, jak reaguje.

Kiedy brzęczy

Brzęczenie w małej sali to najczęściej pętla masy: dwa urządzenia podłączone do różnych gniazdek, które mają nieco inny potencjał uziemienia. Pierwsze, co sprawdzam, to czy wszystko idzie z jednego obwodu, najlepiej z jednej listwy. Jeśli brzęczenie zostaje, wyłączam po kolei kanały w mikserze, żeby znaleźć źródło. Zwykle to klawisze albo gitara podłączona bez DI-boxa. Dopiero gdy to nie pomoże, sięgam po izolator masy na konkretnym kanale, a nie na całym systemie, bo wtedy tracę część sygnału tam, gdzie problemu wcale nie było.

Zdarza się też pisk sprzężenia, zwłaszcza w salach z niskim sufitem i mikrofonem blisko kolumny. Nie podnoszę wtedy ogólnej głośności, tylko ścinam pasmo w okolicach częstotliwości, która wyje. W większości małych sal to gdzieś między 2 a 4 kilohercami, bo tam odbija najmocniej twardy parkiet i płaskie ściany.

Sale takie jak te w domach kultury to często jedyne miejsce w mieście, gdzie w ogóle da się zagrać koncert na sto osób bez wynajmowania hali sportowej. I to jest osobny temat, o którym pisałem przy okazji tekstu o tym, że małe miasto bez własnej sceny to miasto, z którego się wyjeżdża. Skoro mamy taką salę, grajmy w niej tak, żeby ludzie chcieli wrócić na kolejny koncert, a nie wyjść po dwóch utworach z bólem głowy od pisku w wysokich tonach.

Awatar Tomasz Jędrasik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Nad Łyną
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.