Pierwszy raz grałem w bartoszyckim domu kultury w 2007 roku. Mała sala na góra sto osób, przyszło może trzydzieści pięć. Połowa to była moja rodzina i koledzy z pracy, bo wtedy już kręciłem kabelki jako elektryk na budowach. Graliśmy czterdzieści minut, dwa bisy, bo ktoś krzyknął, że chce jeszcze. Wracaliśmy z gitarami przez rynek o dwudziestej trzeciej i czułem się jak po koncercie w Stodole. Nikt mi wtedy nie powiedział, że to była porażka. Bo nie była.
Piszę to, bo od lat słyszę w Bartoszycach to samo zdanie: nic się tu nie dzieje. I zaraz po nim drugie: jak chcesz grać, to jedź do Olsztyna albo od razu do Gdańska. Otóż nie. Jeżeli w mieście nie ma sceny, to ludzie faktycznie wyjeżdżają — ale nie dlatego, że w mieście nic nie ma do zaoferowania. Wyjeżdżają, bo nikt nie dał im szansy spróbować tu, na miejscu, zanim zaczęli szukać gdzie indziej.
Skąd się bierze zespół w małym mieście
Nikt nie zaczyna od sali koncertowej. Zaczyna się od piwnicy albo garażu. Mój pierwszy skład próbował w piwnicy bloku przy Kętrzyńskiej, ta sama piwnica, w której sąsiad trzymał opony zimowe i stary rower. Zima, siedem stopni, gramy w kurtkach, wzmacniacz Marshalla grzeje tyle co żarówka, czyli nic. Wentylacji brak, więc po godzinie okna trzeba było uchylić, bo skraplało się na wzmacniaczach. To nie jest romantyczna opowieść o pasji — to jest fizyka i wilgoć, i ryzyko, że ktoś dostanie zwarcie na kablu głośnikowym, który leży w kałuży.
Drugi skład, ten obecny, próbuje w sali domu kultury, wynajem sto dwadzieścia złotych za dwie godziny, cztery razy w miesiącu to już prawie pięćset złotych rozłożone na czterech ludzi. Nie każdy to udźwignie, zwłaszcza jak ma dwadzieścia lat i pracuje na pół etatu w markecie. Dlatego tak wiele zespołów w małych miastach kończy po roku, zanim w ogóle zagra pierwszy koncert. Nie brak talentu ich zabija. Brak sali z dachem, który nie cieknie, i gniazdkiem, które trzyma bezpiecznik.
Ile kosztuje w ogóle zagrać
Jak nagłaśniam koncerty po godzinach, to widzę to z drugiej strony. Skromny system dla sali na sto pięćdziesiąt osób — dwie kolumny, sub, mikser, kilka mikrofonów — to inwestycja rzędu piętnastu, dwudziestu tysięcy złotych, jak się kupuje z rozsądkiem, na sprzęcie klasy RCF albo dB Technologies, nie z Allegro za grosze. Żaden młody zespół tego nie ma i mieć nie będzie. Dlatego to miejsce — dom kultury, klub, świetlica — musi mieć własny backline. Bo jak go nie ma, to każdy koncert zaczyna się od tego samego pytania: kto pożyczy kolumny.
W Bartoszycach przez lata ratowało nas to, że kilka osób miało własny sprzęt i użyczało go za pół ceny albo za darmo, jak organizator był znajomym. To się nie skaluje. Jak zabraknie tych paru ludzi z garażem pełnym kabli, cała scena się rozsypie w tydzień.
Kto przychodzi na taki koncert
Czterdzieści osób, z czego połowa to znajomi — słyszałem to jako zarzut wiele razy. Że to nie jest prawdziwa publiczność, tylko obowiązkowe wsparcie. Nieprawda. Ci znajomi wracają na kolejny koncert, przyprowadzają swoich znajomych, i za rok czy dwa ta połowa robi się jedną trzecią, potem jedną czwartą. Tak buduje się publiczność w małym mieście — nie z marketingu, tylko z tego, że ludzie widzieli zespół na żywo, zapamiętali twarz basisty i przyszli sprawdzić, co gra teraz. Każda duża scena w Polsce zaczynała od garstki znajomych w piwnicy klubu, tylko że w Warszawie nikt tego nie pamięta, bo szybko urosło.
Zresztą lista miejsc, gdzie w mieście da się w ogóle zagrać na żywo, nie jest długa i dobrze ją znać, zanim ktoś zacznie narzekać, że nie ma gdzie grać. Bo część ludzi, którzy mówią „w Bartoszycach nic się nie dzieje”, po prostu nigdy nie sprawdziła, co się dzieje.
Narzekanie, które mnie wkurza
Mam problem z ludźmi, którzy siedzą w domu i piszą na Facebooku, że w mieście nuda, a nigdy nie przyszli na koncert za dziesięć złotych w sali domu kultury. Narzekanie na brak sceny jest tanie. Zorganizowanie próby w zimowej sali, przetaszczenie kolumn po schodach, rozdanie ulotek po osiedlu — to jest robota. Znam ludzi, którzy przez dziesięć lat powtarzali, że w Bartoszycach nic nie ma, i przez te dziesięć lat nie zagrali ani jednej próby, nie zorganizowali ani jednego wydarzenia. Łatwiej powiedzieć „trzeba jechać do Olsztyna”, niż zapytać w urzędzie o wynajem świetlicy na sobotni wieczór.
Nie mówię, że każdy ma zakładać zespół. Mówię, że zanim ktoś oceni scenę, niech na nią chociaż wejdzie — jako słuchacz, jeśli nie jako muzyk.
Co realnie by pomogło
Same dobre chęci nie wystarczą, to prawda. Miastu przydałby się jeden stały punkt z backline’em — sala, gdzie nie trzeba za każdym razem żebrać o kolumny, tylko przychodzisz z gitarą i wtyczką. Przydałby się regularny cykl, jedna sobota w miesiącu, zawsze ta sama pora, żeby ludzie wiedzieli, kiedy przyjść, bez sprawdzania plakatów. I przydałaby się otwarta scena — półtorej godziny, dwadzieścia minut na skład, żeby każdy, kto ma trzy piosenki i odwagę, mógł spróbować bez ryzyka, że gra do pustej sali przez cały wieczór.
To nie jest wielka inwestycja. To jest decyzja, że w mieście będzie miejsce, gdzie młody skład może zagrać swój pierwszy koncert bez wyjazdu siedemdziesiąt kilometrów. Bo jak takiego miejsca nie ma, to najzdolniejsi faktycznie pakują sprzęt do busa i jadą tam, gdzie ktoś im to miejsce zapewnił. I to jest jedyny sposób, w jaki małe miasto naprawdę traci ludzi — nie dlatego, że jest małe, tylko dlatego, że nikt nie dał im powodu, żeby zostać choć na jeden koncert dłużej.
Piszę o tym od strony sceny i konsoli, nie od strony teorii. Kim jesteśmy i dlaczego akurat o tym piszemy – o tym tutaj.

Dodaj komentarz