Miałem siedemnaście lat, kiedy mój ówczesny zespół zajął pierwsze miejsce w lokalnym notowaniu, obok kawałka Myslovitz i jakiegoś przeboju Ich Troje. Dziś to brzmi jak ciekawostka. Wtedy było wydarzeniem, o którym gadało się w szkole przez dwa tygodnie.
Nie chodziło o to, że byliśmy lepsi. Chodziło o to, że mieliśmy rodzinę, znajomych i pół klasy, którzy dzwonili, wysyłali SMS-y albo zanosili karteczki z głosem do skrzynki w kiosku. System głosowania był prosty do bólu – i właśnie dlatego łatwy do naginania.
Jak się wtedy głosowało
W radiowęzłach szkolnych i lokalnych rozgłośniach mechanika była podobna wszędzie. Notowanie leciało raz w tygodniu, zwykle w piątek albo sobotę wieczorem, i trwało godzinę, czasem dwie. Głosy zbierano na kilka sposobów:
- SMS na numer studia – kosztował tyle co zwykła wiadomość, czasem trochę więcej,
- telefon w trakcie audycji, z prowadzącym na żywo,
- kartka wrzucona do skrzynki w konkretnym punkcie miasta – kiosk, sklep muzyczny, czasem sekretariat domu kultury.
U nas w Bartoszycach punktem zbiórki kartek był mały sklep płytowy, który już nie istnieje. Pamiętam, że w piątki po lekcjach szło się tam specjalnie po to, żeby wrzucić karteczkę z nazwą zespołu. Nie dlatego, że ktoś kazał. Bo to było proste i namacalne – widziałeś skrzynkę, widziałeś, że coś się liczy.
Absurdy, które wszyscy znali i nikt się nimi nie przejmował
Cała rodzina głosująca trzydzieści razy na tego samego wykonawcę to nie plotka, to codzienność tamtych notowań. Mama, tata, babcia, ciotka z Lidzbarka – każdy telefon się liczył, nikt nie sprawdzał numerów. Niektórzy kombinowali z kartami SIM na kartę, żeby wysłać więcej SMS-ów za mniej pieniędzy. Znałem gościa, który przynosił do audycji cały plik karteczek napisanych jednym charakterem pisma – rzekomo od „znajomych z klasy”.
Prowadzący to wiedzieli. I machali ręką. Bo cała ta zabawa nie była o rzetelności statystycznej. Była o tym, żeby lokalny zespół poczuł, że ktoś go słucha poza salą prób.
Dlaczego to było ważniejsze niż wynik
Teza, którą stawiam bez wahania: ta lista przebojów robiła dla lokalnych kapel więcej dobrego niż jakikolwiek konkurs czy przegląd. Nie dlatego, że dawała nagrody – bo zwykle nie dawała nic poza godziną emisji. Dlatego, że dawała powód.
Zespół, który wiedział, że w piątek jego kawałek może polecieć obok ogólnopolskiego hitu, nagle zaczynał traktować nagrywanie poważnie. Szło się do kogoś z lepszym sprzętem, próbowało się zmiksować to porządniej niż zwykłe demo z prób. U mnie to było wyraźnie widać – zespoły, które miały coś w lokalnym notowaniu, brzmiały na nagraniach zupełnie inaczej niż te, które grały tylko koncerty i nigdy nic nie nagrały. Presja bycia usłyszanym przez sąsiadów robiła więcej niż ambicja bycia usłyszanym przez cały kraj, bo była bliżej, konkretniejsza, miała twarz.
To ten sam mechanizm, o którym pisałem przy okazji tego, że małe miasto bez własnej sceny to miasto, z którego się wyjeżdża – lokalna lista przebojów była jedną z niewielu instytucji, które dawały młodym muzykom z powiatu sygnał: zostań, graj, nagrywaj, ktoś tu tego słucha.
Co dziś, skoro SMS-y i radiowęzły odeszły
Telefony na kartę i skrzynki z karteczkami to przeszłość. Ale potrzeba, którą taki chart zaspokajał, nie zniknęła. Zespoły z powiatu nadal potrzebują punktu odniesienia bliżej niż ogólnopolskie playlisty streamingowe, gdzie giną w tysiącach nowości tygodniowo.
Myślę o czymś prostszym niż dawne notowanie: redakcyjna playlista z nagraniami lokalnych wykonawców, aktualizowana raz w miesiącu, z krótkim komentarzem, dlaczego dany kawałek się na niej znalazł. Bez SMS-ów, bez podkręcania wyników przez rodzinę – po prostu ktoś siada, słucha tego, co powstało w Bartoszycach i okolicy, i mówi wprost, co jest do usłyszenia. Miesięczny rytm daje czas na to, żeby faktycznie coś nagrać, zamiast gonić za głosami co tydzień.
Bo koniec końców nie chodziło nigdy o wynik. Chodziło o to, żeby ktoś lokalny zespół potraktował poważnie choć raz w miesiącu – a resztę i tak najlepiej sprawdzić na żywo, zaglądając wcześniej do listy miejsc, gdzie w Bartoszycach gra się na żywo.

Dodaj komentarz