Bartoszyce wieczorem: dlaczego miasto gaśnie o dwudziestej

We wtorek o dwudziestej pierwszej rynek jest pusty, ale w piątek na koncercie w domu kultury tłum. Problem nie w ludziach, tylko w tym, że miasto nie ma dla nich żadnego stałego punktu w tygodniu.

Awatar Tomasz Jędrasik

6 min czytania

Pusta uliczka małego miasta wieczorem, zapalone latarnie

W skrócie

Wtorek, dwudziesta pierwsza. Stoję na przystanku przy rynku, czekam na kolegę z próby. Wiatr niesie plastikową torbę spod sklepu spożywczego, który zamknął się o dwudziestej. Dwie osoby na ławce, jedna z psem. Okno kebaba świeci, bo to jedyne miejsce, które ma jeszcze sens otwierać po ciemku. Reszta rynku. Ciemne szyby, żaluzje, cisza. I teraz ktoś mi powie, że w Bartoszycach wieczorem nikogo nie ma. Otóż jest. Tylko nie tu i nie o tej porze co powinien.

Bo Bartoszyce wieczorem to nie jest pusty organizm. To organizm ustawiony pod inny rytm niż ten, który sobie wyobrażamy, myśląc o „życiu miasta”. Rano wyjeżdżają autobusy i busy do Olsztyna, do Lidzbarka, ludzie jadą do pracy za granicę, na zmiany w zakładach, do sklepów wielkopowierzchniowych, gdzie grafik nie pyta, czy komuś pasuje. Wracają koło osiemnastej, dziewiętnastej. Zjedzą, ogarną dzieciaki, może odespą zmianę nocną sprzed dwóch dni. O dwudziestej pierwszej większość z nich już nie wychodzi z domu, nie dlatego, że nie ma gdzie, tylko dlatego, że nie ma po co i nie ma siły. To nie jest lenistwo. To jest logistyka zmęczenia.

Piątek zadaje kłam tezie o pustym mieście

Tu dochodzimy do sedna, bo słyszę to zdanie non stop: „u nas wieczorem nikogo nie ma, bo nikt nie wychodzi”. Nieprawda. W piątek na koncercie w domu kultury sala bywa pełna. Sam to widziałem z drugiej strony konsolety, i o tym, jak wygląda ogarnianie dźwięku w takiej sali, pisałem osobno przy okazji nagłaśniania koncertu w małej sali. Ludzie przychodzą, kiedy wiedzą, że coś jest, i kiedy to coś ma sensowną porę, blisko domu, bez konieczności jechania do Olsztyna na koncert, który zaczyna się o dwudziestej pierwszej w środku tygodnia i kończy się, jak ostatni bus już dawno odjechał. To samo widać przy biletowanych koncertach w pubie przy placu Dworcowym, piszę o tym w tekście o Wirażu i graniu po dwudziestej.

Problem nie w tym, że ludzie nie chcą wychodzić. Problem w tym, że miasto oferuje im to raz na dwa tygodnie, czasem raz w miesiącu, w przypadkowe dni, bez rytmu, który dałoby się zapamiętać. Nikt nie planuje wieczoru wokół czegoś, co się zdarza nieregularnie. Planuje się wokół rzeczy, które są stałe: jak mecz w telewizji, jak spotkanie AA, jak próba orkiestry dętej. Stałość buduje nawyk. Nawyk buduje frekwencję. To nie jest filozofia, to jest zwykła logika kalendarza.

Zresztą o tym, że małemu miastu bez stałej sceny łatwo wyjechać z głowy, pisałem już wcześniej, i im dłużej gram po powiecie, tym mocniej to widzę. Sceny brakuje nie dlatego, że nie ma sal. Sal jest kilka, zresztą zebrałem je kiedyś w jednym miejscu. Brakuje harmonogramu, który ludzie mają w głowie bez sprawdzania plakatu.

Jedna stała rzecz w tygodniu, nie dziesięć akcji rocznie

Gdybym miał wskazać jedną zmianę, która realnie coś przesunie, nie wielka inwestycja, nie remont płyty rynku, byłoby to ustawienie jednej stałej wieczornej rzeczy w tygodniu. Konkretnie: jam session w środę, otwarta próba jakiegoś składu w czwartek, kino objazdowe w sali domu kultury co drugi wtorek o tej samej godzinie. Nieważne co dokładnie. Ważne, żeby było zawsze w tym samym dniu, o tej samej porze, przez pół roku bez przerwy. Dopiero po trzecim, czwartym powtórzeniu ludzie zaczynają traktować to jako punkt na mapie tygodnia, a nie jednorazową akcję.

Sam to robię od dwóch lat z jednym ze swoich składów: w każdy czwartek mamy otwartą próbę. Nie zawsze przychodzi ktoś z zewnątrz, czasem gramy tylko dla siebie i dla kolegi z gitarą basową, który akurat wpadł się poużalać nad struną, co mu pękła. Ale bywają czwartki, kiedy przychodzi pięć, sześć osób, siadają na krzesłach pod ścianą, słuchają, gadają w przerwie. To nie jest koncert. To jest coś między próbą a otwartymi drzwiami. Kosztuje mnie prąd i czas. Nic więcej. Miasto mogłoby wspierać takie rzeczy bez budżetu na wielkie wydarzenie, wystarczy użyczyć salę na stałe, w tym samym terminie, i nie traktować tego jak łaskę.

Latem inaczej, zimą trudniej

Drugi pomysł, tańszy niż się wydaje: otwarte podwórka i przystań nad Łyną w sezonie letnim, dłużej niż do zmroku. Latem ludzie i tak chcą wyjść, bo jest ciepło i jasno do dwudziestej pierwszej, dwudziestej drugiej. Wystarczy nie zamykać bramy na podwórku przy jednej z kamienic w centrum o osiemnastej, tylko zostawić otwartą do zmroku, dostawić kilka ławek, może gniazdko z prądem dla kogoś, kto chce zagrać akustycznie. To nie wymaga inwestycji, wymaga decyzji, żeby czegoś nie zamykać.

Trzeci pomysł jest najbardziej przyziemny i dlatego najczęściej pomijany: oświetlenie i ławki tam, gdzie ludzie faktycznie stoją, a nie tam, gdzie ktoś je zaprojektował na papierze. Przystanek, na którym stałem tego wtorku, ma jedną latarnię, i ta akurat migocze od miesięcy. Sto metrów dalej, przy alejce, którą nikt nie chodzi po zmroku, oświetlenie jest wzorowe. Elektryk we mnie po prostu boli, jak to widzi. Zamiana dwóch opraw miejscami kosztowałaby robociznę na pół dnia, a zmieniłaby odczucie bezpieczeństwa dla dziesiątek osób, które tamtędy wracają z przystanku.

Czego robić nie warto

Uczciwie: nie każdy pomysł na ożywienie wieczoru się sprawdzi. Wielkie jednorazowe eventy, festyn raz w roku, koncert gwiazdy z zewnątrz, dają zdjęcie do gazety i nic więcej. Nawet weekend Dni Bartoszyc, jedyne trzy dni w roku, kiedy plac nie gaśnie o dwudziestej, nie zmienia rytmu miasta na resztę roku. Ludzie przyjdą raz, pochwalą, wrócą do starego rytmu następnego dnia. Nie buduje się nawyku jednym strzałem. Podobnie nie zadziała otwieranie kolejnych lokali gastronomicznych, bo o dwudziestej pierwszej w środku tygodnia nikt nie ma pieniędzy ani ochoty na kolejną kawę. To nie jest kwestia oferty, tylko portfela i zmęczenia po zmianie. I nie zadziała robienie czegoś raz na kwartał w nadziei, że „w końcu się przyjmie”. Bez regularności każda inicjatywa umiera po dwóch odsłonach.

Bartoszyce wieczorem nie potrzebują rewolucji. Potrzebują jednej stałej rzeczy w tygodniu, kilku ławek tam, gdzie ludzie naprawdę stoją, i odwagi, żeby zostawić bramę otwartą dłużej niż zwykle. Reszta przyjdzie sama, bo jak piątkowy koncert pokazuje co jakiś czas, ludzie tu są. Czekają tylko, żeby ktoś im dał powód wyjść z domu w regularnym rytmie, a nie od święta.

Awatar Tomasz Jędrasik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Nad Łyną
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.