W skrócie
Chodzę na targ w Bartoszycach od ponad roku, praktycznie co tydzień, czasem dwa razy. Nie dlatego, że to jakaś wielka atrakcja turystyczna, bo nie jest, tylko dlatego, że mieszkam pięć minut na rowerze i po prostu tam robię zakupy. Po dwunastu miesiącach mam już wyrobione zdanie, gdzie warto przyjść, a gdzie się rozczarujecie. Spisuję to bez sentymentów, bo targ to nie muzeum. To miejsce, gdzie liczy się to, co kupicie za swoje pieniądze.
1. Najlepsza pora to wtorek albo sobota, przed dziewiątą
Targ działa częściej, ale te dwa dni mają największy ruch i największy wybór stoisk. Jeśli przyjdziecie po dziesiątej w sobotę, najlepsze warzywa i owoce sezonowe są już wykupione, zostają resztki i towar, który leżał od rana na słońcu. Ja przychodzę zwykle około ósmej, jeszcze przed pracą, i to jest dobra godzina: sprzedawcy dopiero się rozkładają, ale najważniejsze stoiska z lokalną produkcją już stoją.
2. Nie każde stoisko to lokalny rolnik
To chyba największe zaskoczenie dla ludzi, którzy przyjeżdżają do nas pierwszy raz. Część straganów to zwykły przeładunek z hurtowni, banany, cytrusy, ananasy, czasem nawet pomidory zimą, które nigdy nie rosły bliżej niż w Hiszpanii. Rozpoznacie to po jednym: ci sprzedawcy mają towar poukładany równo w skrzynkach z nadrukiem, identyczny na kilku stoiskach naraz. Lokalni rolnicy mają zazwyczaj mniejsze stoisko, mniej uporządkowane, za to z ziemią na warzywach i workami zamiast plastikowych skrzynek.
3. Sezon truskawkowy poznacie po kolejce, nie po cenie
Truskawki z okolicznych gospodarstw pojawiają się zwykle w połowie czerwca i trzymają się do połowy lipca. W pierwszym tygodniu sezonu cena potrafi być wyższa niż w dyskoncie, nawet 15–18 zł za kilogram, ale to jest towar zerwany dzień wcześniej, nie transportowany trzy dni w chłodni. Po tygodniu-dwóch cena spada do 8–10 zł i wtedy naprawdę warto kupować, bo smak jest nieporównywalny z tym, co leży na półce w dyskoncie.
4. Ogórki do kiszenia mają swoje dwa tygodnie w sierpniu
Jeśli robicie własne kiszonki, nie kupujcie ogórków na oko przez całe lato, poczekajcie na moment, kiedy sprzedawcy zaczynają wystawiać osobne skrzynki podpisane „na kiszenie” albo po prostu mniejsze, twardsze okazy z pryszczatą skórką. To jest zwykle druga i trzecia dekada sierpnia. Cena wtedy potrafi skoczyć do 6–7 zł za kilogram, bo popyt jest ogromny, ale te ogórki faktycznie nadają się do słoika, a te wcześniejsze, gładkie i duże, częściej są sałatkowe i w zalewie robią się miękkie.
5. Grzyby są, ale trzeba pytać skąd
We wrześniu i październiku na targu pojawiają się kurki, podgrzybki, czasem prawdziwki, sprzedawane z wiaderek albo prosto z gazet rozłożonych na ziemi. Nie każdy sprzedawca sam je zbierał, część kupuje od skupu i odsprzedaje z marżą. Jeśli zależy wam na świeżości, pytajcie wprost, kiedy grzyby zostały zebrane. Ci, którzy faktycznie byli w lesie dzień wcześniej, odpowiadają od razu i konkretnie, bez wahania.
6. Jabłka jesienią są tańsze niż w każdym sklepie w mieście
To jedna z niewielu rzeczy, przy których cena na targu bije dyskont bez dyskusji. We wrześniu i październiku kilogram jabłek z okolicznych sadów kosztuje 3–4 zł, czasem mniej przy większych zakupach, w sieciówkach w tym samym czasie płacicie 5–6 zł za odmiany o połowę gorsze smakowo. Biorę wtedy od razu skrzynkę na przetwory, bo to się po prostu opłaca.
7. Pani z ostatniego stołu przy wjeździe ma najlepsze jajka
Nie podaję nazwisk, bo to nie jest reklama, tylko obserwacja z roku kupowania. Przy wjeździe na targ, na ostatnim stoisku po prawej, stoi zwykle kobieta z jajkami od kur z wolnego wybiegu. Poznacie ją po tym, że jajka są różnej wielkości i nieco pobrudzone, w przeciwieństwie do równiutkich, umytych jaj ze skupu na sąsiednich stołach. Kosztują tyle samo albo nawet mniej niż w markecie, a różnica w smaku jest wyraźna, szczególnie w jajecznicy.
8. Miód kupujcie tylko z etykietą i nazwiskiem pszczelarza
Na targu stoi zwykle kilka osób z miodem, ale nie wszyscy mają własne pasieki. Część to pośrednicy odsprzedający towar z hurtowni pszczelarskich. Uczciwi sprzedawcy mają etykiety z numerem weterynaryjnym albo przynajmniej podają, z której gminy pochodzi pasieka. Jeśli ktoś unika odpowiedzi na pytanie, skąd ma miód, ja po prostu idę dalej.
9. Rower zostawiacie przy wjeździe, auto lepiej gdzieś dalej
Targ stoi w środku miasta, kilka minut pieszo od rynku, więc dojazd rowerem to najwygodniejsza opcja. Jest miejsce, żeby oprzeć jednoślad blisko wejścia, i nikt się tym nie przejmuje. Z autem gorzej: miejsc bezpośrednio przy targowisku jest mało, a w sobotni poranek szybko się kończą. Ja parkuję zwykle w bocznej uliczce kilkaset metrów dalej i idę pieszo. To i tak szybsze niż krążenie w poszukiwaniu miejsca tuż przy straganach.
10. Co przywieźć ze sobą: torbę, drobne i cierpliwość
Reklamówki na targu są, ale kosztują, a nie każdy sprzedawca ma resztę do większego banknotu. Zwłaszcza wcześnie rano, zanim ktoś zdąży rozmienić pieniądze. Zabieram zawsze własną torbę, portfel z drobnymi do 50 zł i nie liczę na płatność kartą, bo terminal ma może co trzecie stoisko. To jest gotówkowy interes i tak zostanie jeszcze długo.
11. Zimą targ chudnie, ale nie znika
W styczniu i lutym liczba straganów spada nawet o połowę, zostają głównie kiszonki, ziemniaki, cebula, czasem mięso i wędliny. To nie jest sezon na eksperymenty kulinarne, tylko na podstawowe zakupy. Ale i tak jest tańszy sposób na warzywa korzeniowe niż paczkowane w sklepie. Widuję też sporo osób z okolicznych, przygranicznych miejscowości, które przyjeżdżają akurat zimą, bo w tygodniu targ jest spokojniejszy i łatwiej załatwić większe zakupy bez tłoku.
Jeśli dopiero planujecie wizytę w mieście i szukacie więcej praktycznych rzeczy, zerknijcie na 14 pytań, które słyszę od przyjezdnych. Tam odpowiadam na dużo podobnych wątpliwości, nie tylko o targu. A jeśli macie tylko jeden dzień i zastanawiacie się, czy zostać w Bartoszycach, czy pojechać dalej, przeczytajcie nasze porównanie Bartoszyc i Lidzbarka Warmińskiego na weekend. Targ akurat wypada u nas lepiej niż tamtejszy odpowiednik, ale to już inna historia.
Największe rozczarowanie? Stoiska z tak zwanymi „regionalnymi” wędlinami, które w rzeczywistości pochodzą z tej samej hurtowni co połowa sklepów w mieście. Płacicie za słowo „domowe” na tabliczce, nie za jakość. Jeśli szukacie prawdziwie lokalnego mięsa, pytajcie wprost o nazwę gospodarstwa, a nie wierzcie samej etykietce.





Dodaj komentarz