Mam w szufladzie około czterdziestu pocztówek z Bartenstein – tak nazywały się wtedy Bartoszyce – i za każdym razem, kiedy komuś je pokazuję, słyszę to samo: „ale ładne miasto było”. I tu zaczyna się problem, bo pocztówka nie pokazuje miasta. Pokazuje to, co wydawca chciał sprzedać turyście albo krewnemu w Königsbergu. Retusz, przycięty kadr, czasem domalowane niebo bez chmur – to był towar, nie dokumentacja. Uczę się to czytać od dwudziestu paru lat i wciąż się mylę.
Wybrałam pięć widoków, które mam w kilku wariantach – bo to akurat pozwala porównać, jak jeden motyw zmieniał się w rękach różnych wydawców. Przy każdym piszę, co widać, co wiem na pewno, a czego nie udało mi się ustalić. Tej ostatniej kategorii jest więcej, niż bym chciała.
Rynek z ratuszem – widok, który sprzedawał się najlepiej
To najpopularniejszy motyw bartoszyckich kart, mam ich sześć różnych wydań, najstarsze zdaje się pochodzić sprzed pierwszej wojny, najmłodsze z lat trzydziestych. Na pierwszym planie zawsze ratusz, wokół niego kamienice z wystawami sklepowymi – u mnie na jednej karcie da się przeczytać szyld piekarni, na innej już nie, bo wydawca go zaretuszował, żeby nie robić reklamy konkurencji innego zakładu, który mu zapłacił za kartę z jego szyldem. Tak, to się zdarzało.
Kolor na tych kartach jest kłamstwem podwójnym. Zdjęcie było czarno-białe, kolorowano je ręcznie albo maszynowo już w drukarni, często bez oglądania oryginału – stąd różowe dachy, które w rzeczywistości były raczej ceglaste albo szare. Nie da się dziś powiedzieć, jaki dokładnie odcień miał tynk konkretnej kamienicy przy rynku w 1910 roku, bo kolorysta w Lipsku czy Berlinie malował z wyobraźni.
Dzisiaj w tym miejscu stoi zabudowa powojenna, w dużej mierze z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych – miasto zostało tu zniszczone w 1945 roku na tyle mocno, że o odbudowie w dawnym kształcie nikt nawet nie dyskutował. Plac istnieje, funkcja handlowa częściowo wróciła, ale bryła i skala budynków są inne. Kto szuka dziś gzymsu z pocztówki, nie znajdzie go – zostało za to samo miejsce, ten sam układ ulic wychodzących z placu, i to jest chyba najbardziej wiarygodny element całej kompozycji.
Brama Lidzbarska – jedyny widok, przy którym można stanąć w tym samym miejscu
Kilka moich kart pokazuje bramę od strony traktu na Lidzbark – z resztkami muru obronnego w tle, czasem z furmanką pod spodem, co ładnie zdradza, że fotograf czekał na „ożywienie kadru”, bo pusta ulica wyglądała zbyt sztywno. Pisałam o tym miejscu szerzej przy okazji spaceru po murach obronnych, więc tu tylko to, co dotyczy samej karty.
Data na jednej z moich pocztówek jest czytelna – stempel pocztowy z 1917 roku, adresat w Insterburgu. Treść banalna, ktoś pisze, że dojechał bezpiecznie i że pogoda jest zła. Nic o wojnie, nic o mieście – to zresztą typowe, ludzie na pocztówkach pisali o rzeczach błahych, bo miejsce na tekst było małe i cenzura istniała.
Brama stoi do dziś i to jest w całym moim zbiorze przypadek wyjątkowy: da się wziąć kartę do ręki, stanąć na chodniku i porównać cegłę z cegłą. To, czego na dzisiejszym widoku brakuje, to mur – na kartach ciągnie się jeszcze kawałek w obie strony, dziś zostały z niego fragmenty wtopione w późniejszą zabudowę. Rozbiórka murów w małych miastach pruskich zaczęła się już w XIX wieku, bo miasta chciały się „rozwijać”, czyli poszerzać ulice; kiedy dokładnie zniknął odcinek widoczny na mojej karcie z 1917 roku, nie udało mi się ustalić z pewnością, więc nie będę zgadywać. Jest za to jeszcze jedno: retuszer wyprostował na tej karcie linię dachu bramy. W rzeczywistości nigdy nie była aż tak równa.
Most na Łynie – jedno miejsce, trzy różne mosty
To jest ciekawostka, którą lubię pokazywać na spotkaniach w bibliotece: mam trzy pocztówki z tej samej perspektywy, patrząc od strony miasta na rzekę, i na każdej stoi inny most. Drewniany, potem żelazny z charakterystyczną kratownicą, potem – już na karcie z lat trzydziestych – betonowy, szerszy, z balustradą w stylu typowym dla ówczesnych inwestycji miejskich. Rzeka jest ta sama, kąt fotografii niemal identyczny, co sugeruje, że kolejni fotografowie po prostu wracali w to samo miejsce, bo dawało dobry kadr.
Łyna na tych kartach wygląda szerzej niż w rzeczywistości – to akurat nie jest manipulacja wydawcy, tylko efekt niskiego brzegu i szerokokątnej optyki, którą wtedy stosowano. Mieszkańcy, których znam ze starszego pokolenia, pamiętają rzekę jako znacznie węższą i płytszą latem, co zgadza się z tym, co widać na mniej wyretuszowanych ujęciach.
Dzisiejszy most w tym miejscu jest powojenny. Tamten z lat trzydziestych nie przetrwał 1945 roku – tyle wiem z relacji i z późniejszych zdjęć, dokładnych okoliczności z samych kart nie odtworzę. Koryto rzeki zostało w tym samym miejscu, co pozwala dziś stanąć dokładnie tam, gdzie stał fotograf sto lat temu, i zobaczyć ten sam zakręt Łyny.
Kościół św. Jana Ewangelisty – wieża, która przetrwała najlepiej
Z pięciu widoków ten jest najbardziej wiarygodny, bo wieża kościoła stoi dziś w miejscu, które da się jednoznacznie rozpoznać na kartach sprzed wojny. Bryła świątyni na starych zdjęciach różni się od dzisiejszej w szczegółach elewacji i w otoczeniu – wokół kościoła na przedwojennych kartach widać drzewa i niską zabudowę, której dziś nie ma, oraz ogrodzenie, które zniknęło.
Mam jedną kartę wysłaną w 1929 roku, z odręcznym dopiskiem po niemiecku o tym, że nadawczyni była właśnie na nabożeństwie – to rzadki przypadek, kiedy treść korespondencji faktycznie mówi coś o funkcji miejsca, a nie tylko o pogodzie. Kolorowanie tej konkretnej karty jest zresztą wyjątkowo niedbałe, dach ma odcień, jakiego żadna dachówka nigdy nie miała, co sugeruje pracę pośpieszną, robioną pod duże nakłady na sezon wakacyjny.
Kościół przetrwał wojnę w stanie pozwalającym na odbudowę i dziś pełni tę samą funkcję sakralną, choć wnętrze i wystrój przechodziły zmiany, których na pocztówkach oczywiście nie widać – karty pokazują wyłącznie fasady, wnętrza fotografowano rzadko i osobno.
Ulica do dworca – najbardziej „zwyczajny” widok, najtrudniejszy do zlokalizowania
Ten motyw sprawia mi najwięcej kłopotu przy identyfikacji, bo ulic prowadzących w stronę dworca i dawnych koszar było kilka, a wydawcy rzadko podpisywali karty na tyle precyzyjnie, żeby dało się jednoznacznie wskazać odcinek. Na moich kartach widać szeroką aleję z drzewami po obu stronach, willową zabudowę na poboczach i sylwetkę budynku, który mógłby być zarówno częścią zespołu koszarowego, jak i zwykłą kamienicą czynszową – bez lepszej reprodukcji nie jestem w stanie tego rozstrzygnąć, i mówię to wprost, zamiast zmyślać dla efektu.
To zresztą dobra lekcja przy czytaniu takich kart: im bardziej „reprezentacyjny” motyw, tym łatwiej go dziś zidentyfikować, bo rynek czy kościół są dobrze udokumentowane w wielu źródłach. Zwykła ulica mieszkalna, nawet ważna komunikacyjnie, ginie w archiwach, bo nikt nie robił jej inwentaryzacji dla potomnych.
Dzisiaj w tym rejonie funkcja komunikacyjna w dużej mierze się utrzymała – trasa w stronę stacji nadal istnieje, choć zabudowa przy niej jest w większości powojenna albo mocno przebudowana. Drzew z pocztówki nie ma, willi też w większości nie – to, co zostało, to sam przebieg drogi, znowu najbardziej trwały element całego krajobrazu.
Kto chce sam poszukać takich śladów w mieście, niech zacznie od pytań, które i tak najczęściej słyszę od przyjezdnych – część z nich dotyczy właśnie tego, co z dawnego Bartenstein przetrwało, a co jest tylko legendą powtarzaną z pokolenia na pokolenie, i staram się na nie odpowiadać uczciwie w tekście o Bartoszycach w praktyce. Pocztówka nigdy nie powie całej prawdy o mieście, bo nie taka była jej rola – ale porównana z dzisiejszą ulicą, potrafi pokazać więcej niż niejedna kronika, pod warunkiem że pamięta się, żeby jej nie wierzyć na słowo.

Dodaj komentarz